artykuły

popularne

W walce z wiatrakami… pozew o 185 mln zł oddalony. Wiatraki przegrywają.

Autor: Kancelaria Skibiński Data: 2014-04-16 Tagi: , , , , , , ,

Na terytorium jednej z obsługiwanych przez nas gmin, pewien inwestor chciał zbudować farmę wiatrową, początkowo dość sporą, ale w toku postępowania ograniczył ilość turbin do kilkunastu. No i wtedy się zaczęło…

W dziale „O nas” wskazaliśmy, że jedną z naszych specjalizacji jest prawo samorządowe – obsługujemy jednostki samorządu terytorialnego, jednostki organizacyjne, spółki komunalne, doradzamy też przy inwestycjach i sprawach z udziałem gmin, powiatów i województw. W ramach naszej działalności, trafiają się różne perełki – niemniej gdy zobaczyliśmy pozew na prawie 185 mln zł, o mało nie pospadaliśmy z krzeseł.

Oczywiście jestem świadomy, że nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów, niemniej fragmenty mogę jak najbardziej ujawnić.

Historia zaczyna się standardowo – inwestor przyjechał, przyjęto go z honorami, współpraca się rozpoczęła.

Prezes spółki mającej wdrożyć inwestycję podpisał z włodarzami gminy list intencyjny – o standardowej treści. Następnie zobowiązał się do przygotowania wszelkich materiałów koniecznych do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, czyli map, opracowań ekofizjograficznych, studiów krajobrazowych – czyli wszystkich trudnych, skomplikowanych i dla normalnego obywatela nieczytelnych materiałów.

Plan został następnie uchwalony, inwestor ruszył i wystąpił o wydanie decyzji o uwarunkowaniach środowiskowych zgody na realizację przedsięwzięcia (dalej mówmy o „decyzji środowiskowej”, nazwa prostsza i chyba bardziej zrozumiała).

No i pięknie! Tylko skąd ten pozew?

Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego był bardzo fajny. Szkoda, że tylko dla inwestora, bo jak się później okazało, turbiny wiatrowe miały stać ok. 500 m od domów mieszkańców. Zaznaczam, że nie jesteśmy przeciwnikami energetyki wiatrowej. Ani żadnej innej energetyki, w tym jądrowej. Są to potrzebne inwestycje i to zarówno lokalnie, jak i ogólnokrajowo. Tylko osobiście nie chciałbym znaleźć się w takiej sytuacji, że przewracający się komin czy wiatrak wpada mi rano przez okno do kuchni, kiedy popijam sobie kawę przed wyjściem do pracy. Mieszkańcy gminy zdaje się pomyśleli dość podobnie i wezwali gminę do usunięcia naruszenia prawa w postaci umożliwienia w planie zagospodarowania realizacji inwestycji w taki sposób. A potem wnieśli skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

WSA sprawę przyjął i nawet przeczytał akta. I stwierdził nieważność planu.

Kluczowe były tu dwa elementy – inwestor przygotował mapy w niewłaściwej skali (niby nic, ale z formalnego punktu widzenia jest to coś w stylu „bubla roku” i samo to powoduje nieważność planu). Natomiast w kwestii planowanego posadowienia wiatraków WSA przedstawił przepiękną argumentację (chylę czoła przed sędzią sprawozdawcą, rzadko kiedy można spotkać tak świetny wywód w wyroku, serio!). Otóż stwierdzono, że przy wydawaniu planu naruszono art. 3 ust. 1 ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym w związku z art. 64 ust. 2 i art. 31 ust. 3 Konstytucji RP i w zw. z art. 140 Kodeksu cywilnego!

Hmmmm, a po polsku, Panie Mecenasie?

Dlaczego nazwałem to piękną argumentacją? Ten ciąg przepisów oznacza, że wykonując swoje zadania w zakresie kształtowania polityki przestrzennej gmina wyszła poza swoją kompetencję i w sposób naruszający zapisy konstytucyjne nadmiernie i nieproporcjonalnie naruszyła przysługujące mieszkańcom prawo własności nieruchomości objętych oddziaływaniem farmy wiatrowej, nie uzasadniając należycie dlaczego takie właśnie lokowanie inwestycji jest zasadne.

Chodzi o to, że farmę wiatrową można postawić, ale dlaczego pod oknami ludzi? Czy naprawdę nie dało się znaleźć lżejszego i łatwiejszego do przełknięcia miejsca posadowienia?

Jeżeli ktoś jest tym głębiej zainteresowany, polecam zapoznać się z treścią wyroku – WSA w Poznaniu, wyrok z dnia 1 lipca 2011 r., sygn. akt II SA/Po 482/11.

No i wtedy się zaczęło…

Pewnego dnia do Kancelarii wpłynął odpis pozwu, który otrzymała gmina. W kartonie.

Wartość przedmiotu sporu wynosiła ok. 185 mln zł. Tak, 185 mln zł, też nie wierzyliśmy – zadzwoniliśmy nawet do sądu z pytaniem, czy nie ma tam pomyłki. W kartonie były od groma dokumentów i faktur (ok. 300 str. załączników). Takiego odszkodowania w Polsce jeszcze nie zasądzono.

O co chodziło stronie przeciwnej? Otóż wniesiono pozew o odszkodowanie – przyznam szczerze, skonstruowanego na dość mieszanych podstawach. Z jednej strony wnoszono o odszkodowanie kontraktowe (bo list intencyjny potraktowano jako umowę), z drugiej o odszkodowanie za niezgodne z prawem działanie gminy, a jeszcze z trzeciej strony wniesiono o zasądzenie utraconych korzyści w związku z niemożnością eksploatacji farmy wiatrowej w przyszłości… Zresztą – sami oceńcie! I tak ziarnko do ziarnka i uzbierała się miarka – na prawie 200 mln zł. Bo przecież jeszcze odsetki…

Koncepcja była ciekawa. Strona przeciwna uzasadniała swoje żądania na kilka sposobów.

Po pierwsze stwierdzono, że list intencyjny rodził zobowiązania. Interesujące, bo w świetle prawa jest jasne, że listy intencyjne nie rodzą zobowiązań, co więcej – sam list intencyjny potwierdził, że nie rodzi zobowiązań. No, ale jak powiedziano mi na studiach – wnosić do sądu można wszystko. Chodziło krótko o to, że gmina miała się zobowiązać do stanowienia prawa tak, żeby inwestorowi wszystko się udało. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że do czegoś takiego zobowiązać się nie da. No chyba, że mówimy o łapówkarstwie, ale (wbrew temu co niektórzy twierdzą), Polska to nie Rosja. Żeby było jeszcze zabawniej, w samym liście intencyjnym zawarto wprost informację, że list nie rodzi zobowiązań. Ale podbijmy poprzeczkę – inwestor w późniejszym porozumieniu zrzekł się wszelkich roszczeń w stosunku do gminy…

Natomiast w kwestii niezgodnego z prawem działania gminy już można było się zastanawiać. Czy stwierdzenie nieważności planu zagospodarowania przestrzennego tworzy obowiązek odszkodowawczy? Czy w ogóle powstaje po stronie inwestora szkoda? Czy wydatki poniesione przez inwestora można poczytywać jako coś innego, niż normalne ryzyko w ramach realizacji przedsięwzięcia (kto prowadził jakikolwiek biznes wie przecież, że nie ma „pewnych” inwestycji)?

Otóż – w bardzo dużym skrócie – 3x nie. Sam temat odpowiedzialności odszkodowawczej względem inwestorów w takiej sytuacji jest szeroki, a w związku z pojawiającymi się w tym zakresie zapytaniami, planujemy zrobić odrębny wpis. Tematyka jest bardzo ciekawa, ale tłumacząc tę kwestię tutaj, błyskawicznie ugrzęzlibyśmy w bagnie dygresji…

Co do utraconych korzyści, to tutaj też było ciekawie. Przytłaczająca większość dochodzonej pozwem kwoty dotyczyła bowiem właśnie tych korzyści, czyli tego co inwestor by zarobił, gdyby inwestycja doszła do skutku. Problem polega na tym, że takie korzyści trzeba zawsze maksymalnie uprawdopodobnić.

Sąd pozew oddalił, ale wyrok jeszcze nie jest prawomocny.

Sąd przychylił się do naszych argumentów i  słusznie stwierdził, że nie tylko nie wykazano szkody, bo na podstawie obowiązujących przepisów nie ma podstaw do zasądzenia w tego typu sprawie odszkodowania. Dodatkowo stwierdzono, że wobec zrzeczenia się roszczeń, braku charakteru zobowiązującego listu intencyjnego, nie wykazania szkody (a jedynie obarczonych ryzykiem wydatków inwestorskich) i nie uprawdopodobnienia utraconych korzyści, zasądzenie odszkodowania nie jest możliwe. Wyrok został  wydany przez Sąd Okręgowy w Poznaniu, Wydział XIII zamiejscowy w Lesznie, sygn. XIII C 534/12/3.

Jakie ma to znaczenie dla gmin ogólnie? Takie, że możliwa jest walka z inwestorami. Oczywiście mówienie, że sprawa jest kompletnie wygrana, jest przedwczesne – strona przeciwna zapowiada walkę nawet w Strasburgu, także szybko się to nie skończy. Niemniej są szanse. Z tego co zaobserwowaliśmy z inwestorami budującymi farmy wiatrowe jest pewien problem. Na papierze wszystko wygląda znakomicie, ale po przejściu do stopniowej realizacji projektu zaczynają się przysłowiowe schody, bo nagle okazuje się, że monitoringi wpływu inwestycji na ludzi i środowisko mogą odbiegać od rzeczywistości, a sami mieszkańcy nie chcą mieć tych inwestycji pod oknami, ale nie wiedzieć czemu wszyscy absolutnie pchają się, żeby te siłownie pod oknami stawiać.

Co w takiej sytuacji ma zrobić gmina? Inwestor automatycznie zaczyna sugerować (oczywiście bardzo delikatnie), że jeśli inwestycja nie dojdzie do skutku, bo coś się gdzieś uchyli, to gminę czeka pozew o spore odszkodowanie. Gmina w tym wypadku jest pod ścianą, bo często chciano dobrze (poprawa wizerunku, wpływy z podatków, czysta energia), ale w praktyce nie wygląda to tak dobrze. Dodajmy, że farmy wiatrowe buduje się raczej na terenach wiejskich, także budżety gmin po stronie dochodowej mają średnio po ok. 30 mln zł – ryzyko więc jest olbrzymie, bo przy takich kwotach odszkodowanie nawet rzędu 50-60 mln zł powoduje „bankructwo” gmin (termin celowo użyty w cudzysłowie, gmina jako jednostka sektora finansów publicznych nie może zbankrutować, ale z takim odszkodowaniem do spłacenia budżet miałaby w strzępach na dziesiątki lat). No i takie inwestycje mimo wszystko „się pcha”.

Wyrok w naszej sprawie pokazuje, że jednak warto walczyć. Albo po prostu rozważać porządne negocjacje z inwestorami, bo te farmy wiatrowe na pewno da się postawić te 500-1000 m dalej., a wtedy i wilk syty, i owca cała. Bo inwestor ma swoją farmę, a mieszkańcy spokój.

M.Z.

 

Zdjęcie pochodzi z serwisu www.freerangestock.com

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Masz jakieś pomysły?

Autor: